To był dla mnie naprawdę długi dzień, który rozpoczął się przed godziną 6 rano by pozapieprzać w drukarni przez 7 godzin. Potem pizda na pociąg Inter "Redżjo" na trasie Kraków - Warszawa. Sardyna jak skurwysyn, ale 3 godziny jakoś zeszły. Z centralnego na pełnej ... trzeba było się przetransportować na ulicę Ząbkowską (swoją drogą ulica jest wprost piękna). Największym bólem jest to, iż w stolicy wylądowałem o godzinie 18:30, a koncert rozpoczął się o 17:00. Na miejscu starej fabryki spotkało mnie rozczarowanie, właśnie skończył grać Abradab. A tak bardzo chciałem posłuchać tego człowieka na żywo, no ale mówi się trudno, "taka karma". Kolejny na scenie zjawił się Mr. Maleńczuk, który to w sobie tylko znany Maleńczukowy sposób zagrał swój repertuar. Niby fajnie i ciekawie, ale bez rewelacji. Dobrym akcentem było to, iż wspierał go Waglewski. Po tym koncercie postanowiliśmy wyemigrować na tyły imprezy, gdzie panowała iście biesiadna atmosfera. Piwa, zapiekanki, piwa, ciabaty, piwa, papierosy, tojtoje no i piwa. W końcu sponsorem trasy był Żywiec. Tak trochę przez palce przeleciały nam koncerty m.in. Smolik, Waglewski Fisz Emade. Trochę żałuję, a trochę nie. Pojawiliśmy się za to na niezwykle artystycznym i głębokim performersie. Kim Nowak grali, a do tego Mariusz Wilczyński rysował Live. No i wiadomo, nie wiele widać z tego co na scenie się dzieje, więc sprytnie Pan Mariusz trzymał niewielką kamerę, którą prowadził wg. swojej koncepcji po swym rysunku, a efekt tego wszyscy śledzili na telebimie. I tak rysowanie przeplatało się z wyświetlanym klipem (równie rysunkowym co pogiętym), który zapewne miał jakieś przesłanie. Momentami globalne, czasem bardziej lokalne, poruszał sporo problemów ludzkości swoimi rysunkowymi animacjami lecz niestety mało z tego było zrozumiałe dla mnie. Człowiek jest po prostu zbyt ubogi umysłowo. Momentami myślałem "co to za gówno" na z miane z "wow, dobre, wręcz niesamowite". W efekcie końcowym nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Na pewno ciekawe było to, iż muzyka grana przez cały czas przez Kim Nowak mocno współgrała z tym co się dzieje na sztaludze i na telebimie. Pod koniec z ujęć kamery widać było, jak na gołym ciele kobiety (tak! były cycki!) pojawiał się napis "piórko". Ogólnie chciałbym mieć swojego przyjaciela Boskiego pod ręką, który pomógłby mi to zrozumieć lub jakkolwiek by skomentował, bo sam zwyczajnie sobie z tym nie radziłem. Człowiek jest prostakiem, a jak to mówią starożytni rzymianie "kto się chujem urodził ten kanarkiem nie zginie". Ale z całego "show" najbardziej podobało mi się zakończenie, gdzie Pan Mariusz pisał kredą na podłodze pseudonim artysty a potem go pokazywał (wszystko mogliśmy śledzić pierwszoosobowym ujęciem kamery).
No i nareszcie przyszedł czas na gwiazdy wieczoru, a mianowicie na zespół Voo Voo. Dla tego koncertu wartko było się pierdolić z tym całym porąbanym dniem. Jedna solówka Waglewskiego na gitarze wynagrodziła mi cały pot podróży. A szalony saksofonista dał mi uśmiech jakiego joemonster dać mi nie może. A gdy na scenę dołączył Abradam i dołożył swoje 5 groszy (nie mam pojęcia czy to był freestyle czy to była zwrotka, ale było zajebiste pod instrumenty) mój umysł zaczął szaleć ze szczęścia. No i na koniec utwór promujący całą tą aferę, czyli "Wszyscy muzycy to wojownicy". I dziękuję, pozamiatane. Koncert Voo Voo był jednym z bardziej udanych koncertów na których byłem w życiu. Wszystkim gorąco polecam ten zespół live, bo przeżycie jest przednie.
SSCURWIEL
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz