Jest przed 21 pierwszą, dokładnie godzinę wcześniej, bo o 20 postanowiłem wyjść na tzw. rower, bez celu, bez pomysłu, po prostu trochę się przewietrzyć i rozruszać mój stary jednośladowiec. Z racji tego, iż tuż za moim domem biegnie ścieżka rowerowa (zresztą jedyna w Kielcach jak do tej pory) więc wybór był prosty którędy jadę na początek. Kurs obrany - Kadzielnia, miejsce które jest bardzo atrakcyjne, położone blisko centrum skałki wspaniale się ogląda na wycieczce rowerowej tuż po zmierzchu. Patrząc na skały które są oznaczone znakiem "grozi zawaleniu" w momencie przypomniało mi się jak byłem tam parę lat temu ze znajomymi, a jeden o mały włos by spadł. Dalej dojechałem do sceny, gdzie z kolei byłem chyba na pierwszym w swoim życiu koncercie hip hopowym. Kurcze, byłem jeszcze większym glutem niż jestem, ciężko sobie wyobrazić. Czas wracać z kadzielni, oczywiście tą samą drogą rowerową. Po chwili po raz drugi minąłem samotną dziewczynę, która najwyraźniej ukrywała łzy spływające jej po twarzy. W ogóle nie znałem ten osoby, a zrobiło mi się jej cholernie żal i pierwsze co mi przyszło do głowy to maksyma "żyj tak aby nikt nie płakał przez Ciebie". Szczerze mówiąc to miałem ochotę do niej podjechać i powiedzieć jej po prostu żeby się nie martwiła, ale tego nie zrobiłem. To niestety nie tkwi w mentalności Polaka. A k**** szkoda że bycie miłym dla obcej osoby nie jest u nas popularne. Cóż, trzeba jechać dalej, a dalej minąłem skate park, nie gdyż miejscówka wiecznie zapełniona ludźmi, skaterami, gapiami, przypadkowymi ludźmi. Kiedyś po prostu tam się przychodziło posiedzieć, pogadać. Dziś to raczej pustkowie, które tylko czasami ożywa. Dziś całą schedę przejął Plac Artystów czyli Kielecki Summer Place. Są tam wszyscy, plażowicze, gapowicze, lanserzy, pozerzy, skaterzy, dzieci, bboy'e, sportowcy. Ogólnie miejsce spotkań większości Kielczan. Jedziemy dalej, najpopularniejszym deptakiem w Kielcach, i chyba jedynym - Sienkiewicza. Tuż przy skrzyżowaniu mijam jakąś aferę, nie wiem o co chodziło, widziałem tylko jak lodówa podjeżdżała do większej grupy "młodzieży". Swoją drogą Sienkiewicza to naprawdę chluba miasta, ładna, wyremontowana, uwielbiam tą ulicę. Dojechałem do końca, gdzie stanąłem spokojnie aby się rozejrzeć. Obok starego, kilkudziesięcioletniego dworca kolejowego stoi nowy biórowiec, a naprzeciwko ekskluzywny hotel. Taki mały kontrast. Czas jechać dalej, w drugą stronę Sienkiewki. A tam miejscówka, miejscówka gdzie uczyłem się robić pierwsze Ollie w jeździe, miejsce z którego trzeba było nieraz szybciej się zbierać, bo ktoś straszył policją, miejsce gdzie są większe wydarzenia kulturalne w mieście, miejsce gdzie ktoś kiedyś chodził na bilard, a teraz miejsce gdzie ktoś teraz chodzi na taniec, miejsce przed którym latem uwielbiam siedzieć pod parasolem przy piwie. Miejsce, obok którego jest szkoła, gdzie odbyłem nie jeden trening i stawiałem pierwsze kroki w tańcu. Chyba każdy ma takie miejsca, z którymi ma wiele skojarzeń, wiele wspomnień. Te miejsca w okolicach naszego zamieszkania były, są i będą w naszej głowie, trzeba je tylko czasem odnaleźć. Bez kitu, ten wieczór po raz kolejny udowodnił mi, że strasznie kocham Kielce. A teraz drogi czytelniku, mam prośbę. Jeśli jesteś z innego miasta i jakimś cudem trafiłeś na tego bloga, to w tym poście zmień Kielce na nazwę swojego miasta, a moje miejscówki na te z Twojej pamięci.
PS. Słuchając muzyki wyłapałem wers "sprawiedliwość ma oczy i kasę fiskalną". Shit, kiedyś to było trafne, a dziś? Dziś to strzał w dziesiątkę..
SSCURWIEL
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz